Naturalizm Metafizyczny i Metodologiczny w Filozofii Nauki

utworzone przez | 04.12.2025 | Filozofia i światopogląd

Naturalizm metafizyczny i metodologiczny – rozjaśniamy różnice w prostych słowach

Zastanawiasz się, co tak naprawdę kryje się pod pojęciami naturalizmu metafizycznego i metodologicznego? Te terminy, choć brzmią skomplikowanie, odgrywają kluczową rolę w filozofii nauki i mają realny wpływ na to, jak rozumiemy świat i prowadzone badania. W tym wpisie wspólnie przyjrzymy się obu tym nurtom, rozłożymy je na czynniki pierwsze i pokażemy, dlaczego ich rozróżnienie jest tak ważne, zwłaszcza w kontekście nauk społecznych i medioznawstwa. Poznajemy naturalizm jako ogólną nazwę dla szerokiej rodziny programów badawczo-filozoficznych, które promują ostrożność w wprowadzaniu do teorii i wyjaśnień naukowych elementów budzących istotne wątpliwości wśród przedstawicieli różnych dyscyplin naukowych. Naturaliści unikają dzielenia rzeczywistości na różne domeny w sposób, który uniemożliwia połączenie ich ze sobą w jedną, zrozumiałą całość.

Co to właściwie jest naturalizm metafizyczny i metodologiczny?

Naturalizm, w swoim najszerszym ujęciu, od wieków przeciwstawiany jest różnego typu idealizmom i spirytualizmom. Charakteryzuje go niechęć do aprioryzmu – czyli wiedzy niezależnej od doświadczenia – oraz, co oczywiste, do supernaturalizmu. Oznacza to odrzucenie poglądu, że do wyjaśniania zjawisk niezbędne są byty ulokowane poza światem przyrody, takie które całkowicie umykają naszemu doświadczeniu. Naturaliści są przekonani, że wszystko, co wymaga wyjaśnienia, da się wyjaśnić naturalistycznie, czyli pozostając wewnątrz systemu wiedzy usankcjonowanego przez obecną naukę. Co więcej, dotyczy to również samej nauki, którą naturaliści traktują jako praktykę otwartą i historycznie zmienną. To sprawia, że naturalizm nie jest podejściem prostym do niefilozoficznego wyłożenia.

Z tego szerokiego parasola naturalizmu wyłaniają się dwa główne typy:

  • Naturalizm metafizyczny – to pogląd ontologiczny, który twierdzi, że istnieje tylko świat naturalny, a wszystko, co istnieje, jest częścią tego świata i podlega jego prawom. Nie ma żadnych bytów pozanaturalnych – ani duchów, ani celowych projektantów, ani żadnych innych transcendentnych sił. Wszystko, co realne, jest fizyczne lub zredukowalne do fizycznego. W praktyce oznacza to, że jeśli coś istnieje, to jest częścią przyrody i może być badane metodami naukowymi.
  • Naturalizm metodologiczny – to postawa, która, niekoniecznie przesądzając ostatecznie o naturze rzeczywistości (czyli o metafizyce), koncentruje się na samej metodzie postępowania badawczego. Naturalizm metodologiczny nie wymaga jakiegoś specjalnego zewnętrznego uzasadnienia – względem aktualnej nauki. Wystarczającym kryterium jest tu wewnętrzny sukces. Wyjaśnienia oparte na metodologii premiującej rozwiązania naturalistyczne odnoszą przez ostatnie kilkaset lat społecznie akceptowalne sukcesy, a rozwiązania oparte na aprioryzmie, supernaturalizmie czy wszelkich idealizmach – nie.

Doskonałym podręcznikowym przykładem jest darwinizm. Kiedy Charles Darwin pokazał, że różnorodność przyrody można wyjaśnić bez odwoływania się do idei celowego projektowania i celowego projektanta, wyjaśnienia nienaturalistyczne w biologii straciły rację bytu. Dziś perspektywa ewolucyjna nie ma w biologii żadnego konkurenta. Eliminacja z teorii jej iluzorycznego elementu – celowego projektu – nie zaszkodziła, lecz pomogła postępowi w biologii.

W kontekście nauk społecznych, takich jak medioznawstwo, naturalizm metodologiczny ma na celu rozważenie możliwości eliminacji z teorii rzeczy niepotrzebnych i potencjalnie przeszkadzających w postępie. Często dotyczy to dwóch kłopotliwych i na ogół milczących założeń metateoretycznych: po pierwsze, że istnieją samoistne kolektywne obiekty społeczne – takie jak media, opinia publiczna, systemy wartości – które posiadają na tyle stabilne cechy, że można je mierzyć. Po drugie, że istnieją znaczenia jako byty, czyli treści mentalne kodowane i dekodowane w przekazach. Naturaliści twierdzą, że w obu przypadkach możliwa jest naturalizacja, czyli sprowadzenie ich do opisów dających się pogodzić z ogółem współczesnej wiedzy naukowej, bez przywoływania argumentu z tytułu „specyfiki” dyscypliny.

Kłopoty z fundamentami: Jak nauki społeczne szukały swojej drogi?

Powyższe problemy są ze sobą powiązane, a jednym ze źródeł tego powiązania jest fundamentalizm epistemologiczny. Zakłada on konieczność odnalezienia jakiejś stabilnej i pewnej podstawy, na której można osadzić wiedzę naukową. Bez takiej podstawy – wedle tego myślenia – nie ma wiedzy. Atrakcyjną propozycją z przełomu XIX i XX wieku było osadzenie wiedzy na fundamentach logiki wspartej matematyką. Analiza logiczna dawała pewność, a wsparcie matematyczne w postaci praktyki pomiaru – odpowiedni format dla analizy. Techniki pomiarowe pozwalały przełożyć doświadczenia obserwacyjne na standaryzowany język (matematykę), by ów standard pasował do wymogów logicznej podstawy, umożliwiającej prowadzenie obiektywnych analiz.

Zarysowane wyżej pozytywistyczne ujęcie metodologii napotkało jednak istotne problemy, m.in. z logicznym uzasadnieniem weryfikacjonizmu i analityczności. Dla rozważań medioznawczych większe znaczenie ma niepowodzenie ambitnego projektu Carla Hempla z połowy XX wieku, by podciągnąć naukę o historii i szeroko rozumiane nauki społeczne pod ogólny dedukcyjno-nomologiczny model wyjaśniania.

Nauki społeczne podążyły od tego momentu dwiema równoległymi ścieżkami:

  • Jedna z nich prowadzi do złagodzonej wersji modelu dedukcyjno-nomologicznego, zachowującego fundament w postaci uprawdopodobnień statystyczno-indukcyjnych. Fundamentem są tu obserwowalne regularności, a nie ścisłe prawa. Kłopot w tym, że regularności nauk społecznych są istotnie słabsze niż te ze ścisłego przyrodoznawstwa i nie dają satysfakcjonujących predykcji. Zwolennicy tej ścieżki nie zrażają się, mając nadzieję, że postęp w technikach pomiarowych, ilość dostępnych danych oraz lepsza specyfikacja modeli statystycznych (i popularyzacja podejścia bayesowskiego) pozwolą wreszcie znaleźć sposób na zwiększenie mocy predykcyjnej wyjaśnień. Medioznawczym przykładem takich nadziei jest środowiskowa ekscytacja koncepcją Big Data i wszechobecną digitalizacją.
  • Zwolennicy drugiej ścieżki poszukują innych fundamentów. Dostrzegając, że wyjaśnienia regularności w obszarze nauk społecznych nie są satysfakcjonujące, uważają, że ma to swoje źródło w metafizycznej odmienności świata ludzkiego od świata przyrody. Ta odmienność powoduje, że regularności są co najwyżej lokalne. Tym samym okoliczności pojawiania się lokalnych regularności stają się ważniejsze od opisu statystycznego w wyjaśnieniu, a całe wyjaśnienie zbliża się ku rozumieniu i interpretacji. Problem jednak w tym, że rozumienie i interpretacja jako takie wydają się normalną, zwyczajną, biologiczną umiejętnością ludzi. Jeśli poszukiwane są fundamenty nauki, na których można oprzeć jej metodologię, to naukowe rozumienie i interpretacja muszą się czymś wyróżniać. Jedną z najbardziej znanych propozycji jest kultura rozumiana jako system podzielanych znaczeń i wartości, które są otoczeniem każdego człowieka, ale ich naukowe poznanie wymaga specjalnych umiejętności analitycznych.

W obu tych ścieżkach pojawiają się wspomniane wcześniej problematyczne założenia medioznawstwa. Zwolennicy pierwszej opcji zakładają istnienie kolektywnych, samoistnych obiektów społecznych, by móc mierzyć i analizować coś więcej poza zachowaniem jednostek. Stąd też media nie mogą być potraktowane jako instrumentalnie ujęta nazwa dla zbioru jednostek wchodzących w interakcje, bo wówczas medioznawstwo nie miałoby oferty dla psychologii. Podobnie rzecz się ma w przypadku drugiej ścieżki, gdzie systemy znaczeń i wartości tworzą kolektywny, samoistny i oddziałujący przyczynowo obiekt. Problem znaczenia jako bytu ujawnia się w obu przypadkach – w drugiej ścieżce znaczenia są realne i tworzą kulturę, a w pierwszej pojawiają się w konceptualizacji opinii publicznej jako społecznie podzielanej treści.

Nowe perspektywy: Ewolucja, neuronauka i socjologia wiedzy w służbie naturalizmu

Naturaliści są sceptyczni wobec obecnej praktyki swobodnego wprowadzania problematycznych składowych do teorii. Naturalista uważa, że można spróbować skonstruować teorię medioznawczą tak, by pominąć w niej zarówno odwołania do samoistnych obiektów społecznych, jak i do znaczeń jako rzeczy. Pomóc w tym mają odkrycia i aktualny stan nauki jako całości.

Ronald Giere uważa, że współcześnie, w XXI wieku, powinniśmy brać pod uwagę postępy przede wszystkim w teorii ewolucji, naukach kognitywnych i socjologii wiedzy. Odkrycia tam poczynione w ostatnich dekadach prowadzą do rewizji założeń i naturalizacji w innych obszarach, w tym w medioznawstwie.

Na przykład, teoria ewolucji mówi nam, że komunikowanie (w wąskim rozumieniu intencjonalnego użycia języka) nie jest esencjonalne dla człowieka. Język i komunikacja językowa są adaptacjami, a na długo przed ich zaistnieniem człowiek jako istota biologiczna był w stanie dostosować się do środowiska i najprawdopodobniej także skutecznie koordynować się społecznie. Biologicznie jesteśmy przystosowani do rozwiązywania konkretnych, sytuacyjnych problemów, a nie do tworzenia ogólnych, abstrakcyjnych, nastawionych na logiczną poprawność wyjaśnień świata. Wyjaśnianie jest wynalazkiem społecznym, a nasze mózgi nie są w tym ujęciu naturalnymi maszynami wyjaśniającymi. Stąd też naturalista będzie traktował wywiady jako okazję interakcyjną o otwartym charakterze i będzie sceptyczny wobec traktowania ich jako pomiaru stanu mentalnego jednostki przy założeniu, że ów stan jest czynnikiem sprawczym przyszłego jej zachowania.

Z kolei postępy w naukach kognitywnych i neuronauce, np. rozwój obrazowania aktywności mózgu, skanowanie fMRI, umożliwiły empiryczną weryfikację wielu przypuszczeń. Czy mamy w mózgach moduły odpowiedzialne za takie a takie zachowania (np. językowe)? Czy można wskazać w strukturze mózgu konkretne elementy wymagane przez obliczeniową teorię umysłu (np. zlokalizować miejsce magazynowania reguł i proces stosowania reguły przy nowych danych wejściowych)? Szala zwycięstwa powoli przechyla się na stronę tych, którzy na te pytania udzielają negatywnej odpowiedzi.

Dla klasycznego medioznawstwa, zbudowanego na wyobrażeniu o zdolnościach przetwarzania informacji przez mózgi, jest to oczywiste wyzwanie: o jakim przekazywaniu komunikatów, znaczeń, informacji, treści może być mowa? Jaki mechanizm neurokognitywny za to odpowiada? Skąd w mózgu wziął się odpowiedni kod, potrzebny do kodowania i dekodowania przekazów? Istnieją mocne dowody, że obwody nerwowe w mózgu nie przechowują informacji poprzez ich reprezentowanie lub posiadanie ich jako treści. Przechowywanie wspomnień, np. tych umożliwiających orientację przestrzenną, nie jest kwestią „mapy mentalnej”, ale sprawą istnienia połączeń nerwowych prowadzących do określonych zdarzeń, do impulsów elektrochemicznych w mózgu, które mają swoje konsekwencje w zachowaniu, które z kolei inne zwierzęta, takie jak ludzie, mogą obserwacyjnie wykryć i zareagować.

Innym wyzwaniem ze strony neuronauki jest koncepcja rozproszonej kognicji (distributed cognition). Aktywność kognitywna organizmów musi uwzględniać połączenie organizmu i środowiska, co w przypadku ludzi oznacza połączenie także ze światem artefaktów i affordancji (możliwości działania oferowanych przez środowisko). To jednak tworzy problem metateoretyczny: czy teorie medioznawcze i komunikologiczne mogą operować takimi samymi predykatami dla opisania aktywności jednostek i aktywności „asamblaży” ludzi i środowiska? Giere pyta, czy można powiedzieć, że np. system wie, myśli, chce, pragnie, ma czegoś świadomość i jest za coś odpowiedzialny? – i odpowiada na te pytania przecząco.

Zysk metateoretyczny z uwzględnienia koncepcji rozproszonej kognicji jest taki, że łagodzi to konflikt między indywidualnym i zbiorowym (społecznym) spojrzeniem na kognicję. Jeśli przechowywanie wspomnień nie jest kwestią przetwarzania treści propozycjonalnej przez neurony w mózgu, to czymże jest? Naturalista będzie tu skłonny poszukiwać odpowiedzi nie w hipotetycznych modułach w mózgu, ale w biologicznie opisywalnym przyzwyczajeniu (strukturze neuronów aktywującej się pod wpływem materialnych bodźców środowiskowych) względem sytuacji środowiskowej, w której w danej chwili znajduje się organizm. Inaczej mówiąc: naturalista z satysfakcją odnotuje fakt, że współczesna neuronauka potwierdza to, co dużo wcześniej twierdzili choćby interakcjoniści z obozu Jerome’a Brunera: że kognicja (w tym także używanie języka) jest umiejętnością społecznego zachowania w świecie. Ta umiejętność – historycznie zmienna – będzie uwarunkowana i stanem organizmu, i sytuacją środowiskową.

Powyższy punkt kieruje uwagę w stronę trzeciej składowej wyszczególnionej przez Giere’a: socjologicznego ujęcia wiedzy. Współczesny naturalizm coraz częściej podważa zarówno wyobrażenie o wiedzy jako nagromadzeniu prawdziwych przekonań o obiektywnym świecie na poziomie jednostki (wiedza „w głowie”), jak i przekonanie, że społeczne ujęcie wiedzy jest po prostu agregatem wiedzy jednostkowej (suma „zawartości głów”), którą można zmierzyć i statystycznie podsumować. Socjologiczne ujęcie wiedzy wskazuje na coś zupełnie innego: na to, że społecznie, czyli publicznie dostępne i obserwowalne zasoby koordynujące są pierwotne względem przyzwyczajeń intelektualnych jednostek. To świat obserwowalnego zachowania innych istot i obecność rzeczy tworzy wiedzę. Część naturalistów pójdzie jeszcze dalej, argumentując, że autonomię posiada tu wiedza naukowa, efekt naszego ciągłego mierzenia się z systematycznym, uzasadnionym dowodami i możliwie spójnym opisem całości ludzkiego doświadczenia przy zmiennych standardach oceny.

Naturyzm metodologiczny premiuje rozwiązania naukowe, ale nie stosuje żadnego apriorycznego kryterium wyróżniania nauki. Nauką jest to, co w danym momencie historycznym i w danej społeczności uchodzi za naukę. Aktualnie, w XX i XXI wieku, za naukę uchodzi tylko aktywność publiczna i wystawiona na krytykę, którą da się zrekonstruować krok po kroku, rozpatrując materiał dowodowy. Dla naturalisty taka aktywność nie może odwoływać się do domen niedostępnych do badania. To oddala zarzut, że naturalizm metodologiczny wymusza stosowanie założeń ontologicznych i metodologicznych fizyki oraz chemii. Jest kwestią obecnego momentu historycznego, że fizyka i chemia stanowią nasze najlepsze możliwe wyjaśnienie świata przyrody. Dla naturalisty pozostaje sprawą otwartą, czy coś innego, oferującego lepsze wyjaśnienie, może je zastąpić. Na razie nie ma wątpliwości względem fizyki i chemii. Istnieją natomiast wątpliwości – motywowane m.in. teorią ewolucji, neuronauką oraz socjologicznym ujęciem wiedzy – względem niektórych nauk społecznych i ich teorii.

POLECANE  Podstawy naturalizmu w naukach społecznych

Obecne zainteresowanie naturalizmem, jak wskazuje Paul A. Roth, bierze się z niepowodzeń nienaturalistycznych programów badawczych w wyróżnieniu stałych obiektów swoich badań. Nie udało się to ani formalistom, ani zwolennikom interpretacjonizmu. Naturalizm proponuje inną drogę, wolną od postulowania absolutnych stałości niezależnie od przyjętej teorii. Drugą stroną medalu jest to, że teoria zawsze powstaje w reakcji na jakiś ludzki cel wyrastający z przeżytych doświadczeń. Jaki­kolwiek autentyczny fundamentalizm zostaje w ten sposób skutecznie wykluczony.

Kwestionowanie obiektów społecznych i ich mocy sprawczej

Medioznawstwo, podobnie jak inne dyscypliny społeczne, zakłada istnienie i oddziaływanie pewnych obiektów. Aktualnym przykładem takiego założenia w mocnej wersji jest teoria mediatyzacji, która mówi, że całość zjawisk społecznych (zachowania jednostek, zachowania grup, całe społeczeństwa, kultury itd.) wchodzi w silne zależności od mediów. Takie przyczynowo-skuteczne ujęcie obiektów społecznych jest problemem dla naturalisty.

Możemy przedstawić dwa różne sposoby krytyki idei przyczynowo-skutecznych obiektów społecznych, prowadzące do tego samego wniosku: sceptycyzmu i chęci naturalizacji.

  • Perspektywa analityczno-formalna kładzie nacisk na różne taksonomie, kategoryzacje i rzekomo trwałe związki między kategoriami. Ze struktury tak ujętej teorii próbuje się odczytywać strukturę reprezentowanego świata. U podstaw tak rozumianej reprezentacji leży pomiar. W realistycznie ujętym przyrodoznawstwie pomiar oznacza estymację stosunku wielkości fizycznych, nie jest natomiast kwestią konwencjonalnego nazewnictwa. W medioznawstwie, które idzie drogą wyjaśnień poprzez pomiar wartości, zakładane jest istnienie obiektów społecznych, możliwość ich pomiaru w celu ustalenia ich stałej charakterystyki, powiązanie tej charakterystyki z innymi zmiennymi oraz oszacowanie mocy sprawczej obiektów. Podstawowe pytania brzmią: jak te obiekty powstają z aktywności ludzi oraz jaką drogą oddziałują na ludzi?
  • Na te pytania medioznawcy wprost nie odpowiadają, korzystają jednak z rozważań sąsiedniej socjologii, której odpowiedź opiera się na idei emergencji: obiekty społeczne powstają z faktu organizacji jednostek. Dave Elder-Vass wyróżnia słabą i mocną emergencję. Silna emergencja oznacza wyłonienie się obiektu społecznego, którego charakterystyka nie może być w żaden sposób odczytana z charakterystyk jednostek. Jest to jednak postulat, na poparcie którego nie ma na razie dowodów. Rozsądne i uzasadnione jest natomiast mówienie o emergencji w sensie słabym: charakterystyka obiektu społecznego może być odczytana z informacji o jednostkach i ich sposobie organizacji.

Jeśli jednak uznamy, że emergentne obiekty i ich moce sprawcze mogą być wyjaśnione z pozycji indywidualistycznych, uwzględniając wiedzę o powiązaniu tych indywiduów, to dlaczego w ogóle postulować istnienie obiektów społecznych? – pyta Tobias Hansson-Wahlberg. Obiekty społeczne okazują się tu tylko innym sposobem nazywania jednostek i ich sposobów organizacji. Eksplanacyjnie jest to zbędne, co więcej – generuje problemy logiczne. Hansson-Wahlberg zwraca uwagę, że założenie, iż obiekt kolektywny i zbiór jednostek można ontologicznie utożsamić (co pozwalałoby na obronę tezy, że tę samą rzecz można opisać z dwóch różnych punktów widzenia), wpada w konflikt z zasadą Leibniza, według której jeśli A i B są tym samym, to cokolwiek jest prawdą dla A, musi być też prawdą dla B. W przypadku obiektów społecznych ta zasada jest łamana: ta sama rzecz nie może być jednością (obiektem) i wielością (grupą jednostek).

Zwolennik obiektów społecznych może co prawda zaprzeczyć, by obiekt społeczny był faktycznie jednością i argumentować, że jest to jedynie façon de parler (sposób mówienia). Wówczas jednak musimy też przyznać, że teorie postulujące obiekty społeczne są wysoce wadliwe, mylące i faktycznie nadają się do zredukowania. Trudno sobie wyobrazić, by w takiej sytuacji np. teoria mediatyzacji postulująca przyczynowość mediów jako obiektów społecznych mogła być potraktowana poważnie.

Ale nawet obrona obiektów społecznych z tytułu „sposobu mówienia” nie jest logicznie spójna. Medioznawca może wyobrażać sobie media jako nic innego, jak po prostu dziennikarzy wykonujących swoją pracę zorganizowaną w pewien sposób. Obiekt społeczny to suma odpowiednio zorganizowanych jednostek. Ten sposób organizacji to właśnie czynnik emergentny, który sprawia, że (tak pojmowane) medioznawstwo nie redukuje się do mikrosocjologii i socjologicznego interakcjonizmu. Nie jest to stanowisko logicznie spójne. Sumy nie mogą zmieniać swoich składowych, a obiekty społeczne – instytucje, organizacje, także media – oczywiście tak i, empirycznie rzecz ujmując, cały czas tak właśnie się dzieje.

Zwolennik obiektów społecznych ma zatem motywację, by traktować taki obiekt jako samoistną całość. Wtedy jednak powraca problem silnej emergencji. Trzeba empirycznie wykazać, że taka emergencja zachodzi, tzn. że własności obiektu poddają się kontroli eksperymentalnej w taki sposób, którego nie da się w żadnym wypadku przypisać jednostkom i ich powiązaniu. W przeciwnym razie, rozsądnie zakładając przyczynowe domknięcie na poziomie interakcji ludzi (tzn. że to, co ludzie robią ma swoje przyczyny w świecie przyrody), cokolwiek powiemy o mocach sprawczych obiektu, musi być uznane za przyczynowo nadmiarowe i jako takie eksplanacyjnie zbędne.

  • Problem obiektów społecznych: przypadek teorii kultury. Naturalistyczne wątpliwości względem obiektów społecznych można także ująć z innej strony niż perspektywa analityczno-formalna. Dobrym przykładem odejścia od naiwnej, niespójnej i słabo uzasadnionej empirycznie wizji samoistnych, przyczynowo-skutecznych obiektów społecznych jest historia XX-wiecznej antropologii i jej spory o konceptualizację pojęcia kultury.
  • Klasyczne XX-wieczne modele kultury zakładały spójność kultur traktowanych jako zbiór cech, norm, przekonań i jako takich odróżnialnych od siebie i opisywalnych. Modele kultury abstrahowały od różnic na poziomie jednostkowym, bo ich twórcy kierowali się fundamentalizmem metodologicznym: wiarą w potrzebę istnienia oddolnej procedury generującej prawomocne uogólnienia w obiektywnie właściwy sposób. To, co dotyczy kultury, dotyczy medioznawczych konceptów „medialnej rzeczywistości”, „epok medialnych”, „mediamorfoz”, „wspólnot dyskursywnych” traktowanych jako spójne całostki.

    Antropologia ujawniła jednak co najmniej trzy problemy podczas prób empirycznej weryfikacji istnienia kultur:

    • Klasyczna koncepcja kultury ma sens, tylko jeśli traktujemy kulturę jako wyróżnialną całość. Jeśli zgodnie z ustaleniami empirycznymi potraktujemy kulturę jako rozmyty obszar różnorodności, niestabilności i zmienności, to koncepcja wyróżnialnej całości upada. To samo dotyczy np. wspólnot językowych czy dyskursywnych.
    • Klasyczne koncepcje kultury były silnie antyredukcjonistyczne i nie dopuszczały redukcji kultury do zbioru jednostek. Współcześnie kultura nie jest ujmowana jako odrębny byt, a redukcja postępuje poniżej i powyżej poziomu jednostki (tj. do poziomu subkognitywnego oraz społecznego, rozumianego jako koordynacja działań z nastawieniem na drugą osobę). Te redukcje są uzasadnione empirycznie, odpowiednio neuronauką oraz psychologią społeczną.
    • W klasycznej koncepcji kultury to kultura wyjaśniała zachowania ludzi. Dominujący w tym obszarze funkcjonalizm zakładał, że zachowania istnieją, bo pełnią jakąś funkcję dla całości systemu (kultury). Postulowanie tego systemu było konieczne, by zachować logikę rozumowania funkcjonalistycznego. Naturalizm wymaga jednak, by jakoś tę systemowość uchwycić empirycznie, a to okazało się niemożliwe.

    Idealiści próbowali ominąć ten problem, przyjmując założenie, że kultura nie jest obiektem o empirycznie dostępnych cechach, ale zbiorem nieuchwytnych norm, wartości, przekonań, idei, które mogą, ale nie muszą ujawniać się w zachowaniu, ale które cały czas wpływają na zachowanie. Wpływ ten może być tylko wnioskowany z zachowania. Podobieństwo zachowań, regularności, stabilności sugerują istnienie niedostępnego obszaru reguł, mechanizmów generatywnych, odpowiedzialnych za zachowanie. W tym ujęciu kultura tkwi w jednostkach w sposób niezupełnie uświadomiony, jest przekazywana z pokolenia na pokolenia w komunikacji, symbolicznej wymianie znaczeń itd. To jest model semiotyczny kultury. Zadaniem badacza jest dotarcie do struktury i reguł semiotycznych, czyli sposobów tworzenia się znaczeń. Metoda badania polega tu na dookreśleniu sposobów definiowania/ujmowania/rozumienia sytuacji, tak jak raportowane są w języku pola pojęciowe, kategorie dyskursywne itd.

    Alternatywą poza formalizmami jest też droga zapoczątkowana przez Clifforda Geertza, preferująca metodę tzw. gęstego opisu. Znaczenie jakiegoś fenomenu ujawniane w gęstym opisywaniu bierze się z miejsca tego fenomenu w pełnym kontekście danej kultury. Znaczenie nie jest więc efektem działania ukrytego mechanizmu generującego reguły w jednostce, ale efektem obecności jednostki w szerszym systemie powtarzających się wzorców, schematów zachowań itd.

    Znana krytyka względem Geertza dotyczy traktowania przez semiotyczny model kultury jako całości, opisywalnej w jednej, spójnej narracji. James Clifford i George E. Marcus uważają, że jest to projekcja badacza/etnografa. Kultury nie są odkrywane, ale „pisane”. Znaczenie według Geertza bierze się z miejsca fenomenu w ogólnym systemie kultury, ale to zakłada, że granice tego systemu (to, co jest w systemie i składa się na znaczenie oraz to, co jest poza systemem i się na niego nie składa) są znane i możliwe do określenia.

    Semiotyczna (i systemowa) koncepcja kultury tworzyła dodatkowo problem relacji jednostki do całości (systemu semiotycznego). Czy wzorce identyfikowane w danej kulturze są dla jednostki „obowiązkowe”? Jeśli tak, to w jakim sensie? Badania empiryczne tego nie potwierdzają. Jednostki postępują inaczej, niż wskazywałyby na to oficjalne interpretacje i gęste opisy etnografów. Jeśli badania kulturowe miały przedstawiać kulturę z punktu widzenia jej członków (a nie jako impozycję narracyjną badacza), to fakt, że skrzywiają one obraz życia ludzi poprzez traktowanie zachowań jako wypełniania „obowiązków” systemowych, rzuca cień na całą koncepcję.

    Realizm w kwestii znaczenia – czy „znaczy” coś więcej niż zachowanie?

    Do tej pory omówiliśmy problem istnienia i oddziaływania obiektów społecznych. Ich istnienie jest postulowane dla celów eksplanacyjnych. Naturalista trzyma się jednak zasady – powszechnie akceptowalnej w świecie współczesnej nauki – by elementy teorii, które mają pełnić funkcje eksplanacyjne, pozwalały się zidentyfikować niezależnie od tego, co mają wyjaśniać. Dlatego tak istotna jest dobrze uzasadniona ontologia.

    W naukach społecznych, w tym w obszarach medioznawstwa, za kluczowy element eksplanacyjny teorii często uważane jest znaczenie. Według Paula A. Rotha oddzielenie obserwacji posiadającej znaczenie (np. zachowania) od obserwacji, która go nie posiada, jest niemożliwe. Tym samym znaczenie nie może być traktowane jako samoistny byt, który można wykorzystać w eksplanansie. Nie ma takiego faktu, który byłby uprawdziwiaczem (truthmaker) znaczenia jako bytu teoretycznego, a znaczenia jako takie nie są przecież obserwowalne, tylko wnioskowane. Roth uważa, że nie jest to prawdziwe wnioskowanie (tj. identyfikacja na podstawie dowodów), tylko translacja, zatem coś, co robi tłumacz według własnego swobodnie wybranego (przydatnego lub nie) podręcznika. Znaczenie jest impozycją tłumacza.

    Zwolennicy realizmu w kwestii znaczenia uważają natomiast, że można dookreślić znaczenie i odwołują się do reguł (czyli np. wspomnianych obiektów społecznych, takich jak systemy wartości, norm, przekonań). Naturalista pyta jednak, co świadczy na rzecz tezy, że znaczenia są pochodną reguł, a nie odwrotnie: że jawnie formułowane reguły są wynajdywane, by nadać sens obserwacjom (zachowaniom)? Naturalista uważa, że współczesna nauka (a przede wszystkim neuronauka) wspiera tę drugą opcję. Nie sposób wskazać na obiektywne, publicznie dostępne kryteria, które pozwoliłyby odróżnić zachowanie-ze-znaczeniem od zachowania-bez-znaczenia.

    To wszystko nie prowadzi jednak naturalistów do wniosku, że w ogóle nie ma żadnych znaczeń. Naturaliści proponują behawioralne kryterium znaczenia. Zachowanie jest dostępne ludziom jako fakt bazowy, obserwacja bezpośrednia. Rozpatrzmy inny znany przykład. Co to jest „myślenie”? To jedno z zupełnie normalnych słów, którego ciągle i skutecznie używamy. Nie oznacza ono jednak żadnego konkretnego procesu biochemicznego. Jego użycie niczego nie daje w sensie eksplanacyjnym względem biochemii mózgu. Może być natomiast nad wyraz przydatne w naukach społecznych jako zachowanie werbalne koordynujące działania. Tak czy inaczej, punktem zainteresowania jest tu użycie słowa (vide Austin/Wittgenstein), a nie jego realistycznie ujęte znaczenie, które jest naturalistycznie zbędne i puste.

    POLECANE  Naturalizm metafizyczny i metodologiczny - różne spojrzenia na rzeczywistość

    Problem samoistności przyczynowo-skutecznych obiektów społecznych i realistycznego ujęcia znaczenia uderza w samo serce medioznawstwa w jego komunikologicznym obliczu. Z perspektywy, którą nakreśliłem, wynika, że wszelkie „przekazywanie informacji” to niejasno sformułowana nazwa na biologicznie opisywalny proces koordynacji behawioralnej uczestników interakcji. Medioznawstwo jako dyscyplina nie jest w stanie zaoferować tu lepszego wyjaśnienia bez uciekania się do postulowania wątpliwych bytów. Tak pesymistycznego wniosku nie chciałbym jednak wyciągać, bo medioznawstwo może skorzystać z drogi, którą obrała m.in. antropologia, a także część socjologii i psychologii.

    Naturalizm w medioznawstwie – trzy drogi naprzód

    Pora przyjrzeć się trzem możliwym rozwiązaniom dla medioznawstwa, częściowo ze sobą powiązanych, które inspirują się naturalizmem.

    • Reprezentacje i model epidemiologiczny. Pierwszym proponowanym rozwiązaniem jest porzucenie idei odrębności obiektów społecznych na rzecz idei asamblaży. Od razu jednak rodzi się pytanie: asamblaży czego? Dan Sperber proponuje, by kulturę potraktować jako zbiór reprezentacji. To samo możemy zastosować do medioznawstwa.
    • Zakładając, że ludzkie mózgi mogą coś/kogoś reprezentować (a sygnalizowałem, że to założenie jest kontestowane), każdy człowiek będzie dysponował reprezentacjami na poziomie jednostki. Część z tych indywidualnych reprezentacji zostaje zamieniona na publiczne reprezentacje: teksty, rzeczy, artefakty, które są obserwowalne. Publiczne reprezentacje są obserwowane przez inne jednostki, a fakt obserwacji utrwala się na poziomie układu nerwowego jednostki. Możemy to nazwać komunikowaniem. Część z tych zakomunikowanych reprezentacji, wskutek czynników środowiskowych, jest komunikowana częściej niż inne. One właśnie rozchodzą się w populacji, tworząc to, co mylnie traktowano kiedyś jako samoistny obiekt społeczny.

      Obiekty społeczne są więc asamblażami reprezentacji, ale reprezentacje są traktowane materialistycznie jako struktury w mózgach oraz materialne obserwancje wytworzone przez ludzi (tworzących dane obserwancje dzięki własnym reprezentacjom mentalnym), które to obserwancje stają się dostępne do interpretacji dla innych ludzi. Te reprezentacje, które zostają zwielokrotnione poprzez powtarzanie, stają się „cechą” kulturową, społeczną, systemową itd. To podejście zwalnia badacza z konieczności przywoływania realistycznie rozumianych norm, wartości, reguł, przekonań i innych całostek, dla których współczesna nauka nie ma dowodów.

      Podejście epidemiologiczne ma sprzymierzeńca w neuronauce i psychologii. Przyjęcie takiej psychologizującej perspektywy jest dostępne dla medioznawców: rzeczywistość medialna jako autentyczne eksplanandum naszej dyscypliny wyjaśniane przez dyspozycje kognitywne ludzi, gdzie dyspozycje kognitywne są skutkami obcowania z obserwancjami wytworzonymi przez kogoś na bazie jego/jej „mentalnych” reprezentacji. Zarzut wobec ujęcia epidemiologicznego jest taki, że pomija ono ograniczenia strukturalne i środowiskowe. Częściowo ten zarzut jest chybiony, jeśli dostatecznie szeroko traktować obserwancję – to nie muszą być przecież tylko teksty, obrazy, memy itd., ale wszystko, co dostępne do obserwacji w skoordynowany społecznie sposób (tzn. to, co jest przedmiotem wspólnej uwagi).

    • Teoria praktyk. Innym rozwiązaniem jest teoria praktyk, która rozwija koncept obiektu społecznego poza model indywidualistyczno-psychologiczny w stronę rozwiązań znanych z teorii strukturacji Anthony’ego Giddensa i teorii Pierre’a Bourdieu: tj. wzajemnej konstytucji sprawczości i struktur. Ostatnie dekady przyniosły jednak modyfikacje teoretyczne odsuwające teorię praktyk od postulowania samoistności przyczynowej struktury (problem Bourdieu). Jak twierdzi Mark Risjord, omawiając problem konceptualizacji kultury, współcześnie praktykę rozumie się naturalistycznie jako podzielany zbiór przyzwyczajeń, zdolności kognitywnych, umiejętności interpretacyjnych.
    • To tworzy własne problemy, opisane przez Stephena Turnera jako problem identyczności (sameness) i transmisji. Problematyczne jest tu podzielanie. Turner-naturalista nie widzi we współczesnej nauce czegokolwiek, co by uzasadniało mówienie o tym, że składowe praktyk mogą przedostać się w identycznej (!) postaci z jednego organizmu do innego. Widzi natomiast mechanizm biologiczny – neurony lustrzane – które uwiarygadniają myślenie o praktykach w sposób podobny do modelu epidemiologicznego Dana Sperbera.

      Według Josepha Rouse’a praktyki lepiej jest potraktować na sposób interakcjonistyczny. W tym ujęciu praktyki nie są regularnymi wzorcami zachowań, ale interakcjami, gdzie jeden performans jest odpowiedzią na inny performans itd. Całość jest całkowicie otwarta, co zwalnia teoretyka z rozważania problemu podzielania praktyk, ale wywołuje pytanie o to, jak w ogóle może być mowa o stabilności praktyk. Ta stabilność jest potrzebna, jeśli praktyki mają zastąpić wątpliwe metodologicznie obiekty społeczne. Nie wszyscy z tego środowiska zgodzą się, że to jest autentyczny problem. Turner bez kłopotu eliminuje kolektywne byty społeczne z eksplanansu, zostawiając je jednak instrumentalnie w eksplanandum.

    • Radykalny narratywizm Paula A. Rotha. Ostatnią propozycją rozwiązania problemu obiektów społecznych i realizmu w kwestii znaczenia, którą chcę omówić, jest radykalny narratywizm Paula A. Rotha. Radykalizm ujawnia się u niego w przekonaniu, że żadne prawdziwe stabilności, namiastki fundamentów, nie są nam do niczego specjalnego potrzebne. Roth twierdzi, że nauka jako taka poniosła porażkę w ustalaniu stałych elementów świata. Idąc tropami Quine’a, Roth premiuje uteoretyzowanie obserwacji. Konstruujemy teorie, kierując się naszą najlepszą, aktualną wiedzą, i sprawdzamy, czy w ten sposób uda się nam zbudować spójną narrację wyjaśniającą. Trybunałem rozstrzygającym o tym są ludzie, głównie społeczność praktyków nauki, ale nie tylko, bo naturalizm nie stawia żadnych apriorycznych wymogów oceny.
    • Proponuję wykorzystać narratywizm Rotha do dostrzeżenia, że medioznawstwo może bezproblemowo mówić o mediach jako obiektach i o znaczeniach, o ile nada im intrateoretyczny status ontologiczny i porzuci mylące techniki badawcze, które zakładają pozateoretyczną realność ontologiczną wraz ze stałą specyfikacją, która może być mierzona na wzór tego, co proponowali kiedyś sympatycy obiektywnej, ilościowej, systematycznej analizy zawartości zorientowanej na ujawnienie „głębokich znaczeń”.

      Język i znaczenia językowe są ważne, są też przecież składowymi narracji, ale język musi tu być rozumiany w ścisłym związku z otoczeniem środowiskowym. To otoczenie z kolei (i związek z nim) jest dookreślany teoretycznie. Takie rozumowanie przypomina rozumowanie kołowe, ale Roth, wolny od formalizmu, czyni z tego zaletę, nie wadę swojego stanowiska. Rzecz w tym, że nie mamy obecnie powodów, by wątpić w to, że teoria przyrody (fizyka, chemia, biologia) w dużej mierze poprawnie opisuje świat. Definiujemy środowisko wewnątrzteoretycznie, posługując się najlepszą teorią przyrody. Z tej perspektywy język i znaczenia, ujęte behawioralnie, są teoretycznie spójne. Dla naturalisty zawsze to się może zmienić, ale jak na razie tak się nie stało.

      Warto bliżej przyjrzeć się propozycji Rotha, bo zyskiem z radykalizmu jest skuteczne ominięcie wielu wcześniej zidentyfikowanych tu problemów medioznawstwa. Roth posługuje się określeniem „niezbędnie narracyjne wyjaśnienia”. Stosuje go głównie do nauk o historii, ale zaznacza, że mogą być przydatne także w innych obszarach. Są to wyjaśnienia, które muszą przyjmować formę narracji, tj. opisu zdarzeń z propozycją powiązań przyczynowych i skutkowych. Są niezbędne, bo dotyczą zdarzeń, które są wyróżnialne z przeszłości tylko na podstawie późniejszych faktów (a Roth uważa, że nie ma jednej przeszłości, tylko jest ich mnogość, bo przeszłość jest domeną wywołaną przez analizującego historyka). Roth proponuje niezbędnie narracyjne wyjaśnienia tam, gdzie eksplanandum i eksplanans nie dają się rozdzielić. To jest typowa sytuacja nauk społecznych, w tym medioznawstwa.

      To co jest wyjaśniane – eksplanandum – powstaje w wyniku wyjaśniania, czyli narracyjnego przedstawiania eksplanansu. Dla Rotha cała historia jako nauka zajmuje się opowiadaniem przeszłości i wyróżnianiem w ten sposób (1) obiektów do wyjaśnienia wraz z (2) proponowanymi wyjaśnieniami tych obiektów. Patrząc na pytania badawcze w medioznawstwie, łatwo zauważyć, że mamy do czynienia z analogiczną do historii sytuacją. Doskonałym przykładem jest przywołana wcześniej teoria mediatyzacji, która – patrząc na faktycznie publikowane badania – jest właśnie opowiadaniem o otaczającym nas świecie, nastawionym na wyróżnienie w nim pewnych obiektów i wyjaśnień.

      Roth wyróżnia dwa zarzuty wobec wyjaśnień narracyjnych: (1) że nie można dookreślić ich formy logicznej (logical formlessness), (2) że nie można jasno zidentyfikować kryteriów wyboru takiej, a nie innej narracji (evaluative intractability). To razem składa się na powracający w różnych miejscach zarzut, że narracje to tylko literackie fikcje – zarzut, który Roth odrzuca.

      Wspominany tu badacz zdaje jednak sobie sprawę z tego, że brak formy logicznej uniemożliwia dookreślenie zasad łączenia eksplanansu z eksplanandum, co skutkuje zarzutem o braku (obiektywnych?) kryteriów tego, dlaczego dana narracja ma być naukowym opisem przeszłości, a nie czystą fikcją. Roth broni swojej koncepcji, pokazując, że w niektórych przypadkach narracyjne opisy nie są dodatkowe, ale niezbędne: że bez nich nie odpowiemy na zadane pytania. Wyjaśnienia narracyjne nie spełniają wymogów wyjaśnień formalnych, więc Roth uważa, że należy wykazać, co i jak zastępuje formalizm. Bez tego ta propozycja nikogo nie przekona. Z perspektywy naturalistyczno-metodologicznej wystarczy umieścić wyjaśnienia narracyjne w ramach rodzinnego podobieństwa między akceptowalnymi sposobami wyjaśnień w nauce. Innymi słowy: trzeba pokazać, że w narracjach też występują elementy podobne do tego, co tworzy np. wyjaśnienie formalne/dedukcyjne.

      Narracja to opis (account) tego, jak i dlaczego jakaś grupa zdarzeń i procesów się rozwijała. Roth podkreśla związek narracji z czasowym ujęciem zdarzeń: każda narracja, tak jak każda seria zdarzeń, jest zorganizowana wokół struktury: początek – środek – koniec. Jeśli wyjaśnienie narracyjne miałoby polegać tylko na odtworzeniu tej struktury zdarzeń, to wówczas taka narracja byłaby zastępowalna przez inną formę wyjaśnienia, np. model dedukcyjno-nomologiczny.

      Rotha zatem interesują takie wyjaśnienia narracyjne – takie opowiadania o rozwijających się wydarzeniach – które nie dają się zamienić na inną formę i w tym sensie są niezbędne, a dodatkowo jest to właśnie namiastka formalizmu.

      Cechy charakterystyczne narracji, które współdecydują o tym, że nie da się narracji bezproblemowo przełożyć na inną formę wyjaśnienia, są następujące:

      • Nierozerwalność eksplanandum i narracji (narracja konstytuuje to, co wyjaśnia).
      • Niestandaryzowany charakter zdarzeń (to, co stanowi zdarzenie jest współtworzone przez autora narracji).
      • Nieagregowalność narracji (różne narracje nie tworzą jednego zbioru spójnej wiedzy).
      • W eksplanandum występuje zdanie narracyjne.

      Zdania narracyjne (narrative sentences) to zdania, które wyrażają prawdę o jakimś stanie rzeczy w przeszłości, ale stają się prawdziwe dopiero z perspektywy wydarzeń w przyszłości. Przykład Rotha jest następujący: „40. Prezydent USA zagrał w 1951 roku w filmie Bedtime for Bonzo”. W roku 1951 to nie była poznawalna prawda, ale po 1981 to zdanie stało się zdaniem jawnie prawdziwym i wyraża prawdę odnośnie do wydarzenia z 1951 roku. Koniec wydarzenia umożliwia identyfikację początku wydarzenia w przeszłości, a narracja pozwala na dodanie czegoś do zdań prawdziwych w 1951 roku.

      Wyjaśnienie narracyjne jest potrzebne, bo bez opowiedzenia o wydarzeniach przeszłych z obecnej perspektywy (czyli z przyszłości względem wydarzeń) nie istniałoby eksplanandum, czyli to, co chcemy wyjaśnić. By zaistniało eksplanandum, konieczna jest opowieść. Ta sama logika daje się skutecznie zastosować do nauk społecznych, a szczególnie do tych, które – jak medioznawstwo – operują pojęciem znaczenia. Znaczenie z perspektywy narracji jest nadawane przez tego, kto opowiada.

      Roth twierdzi zatem, że ewentualny zarzut, że narracje są fikcyjnymi strukturami nakładanymi na jakąś rzekomo niezależną od ludzi historię, lekceważy fakt, że bez narracji żadna historia nie byłaby możliwa. Człowiek wykraja z masy faktów takie konfiguracje, które realizują jakiś jego cel. Żaden cel nie jest fundamentalny w absolutnym, ahistorycznym sensie. Cele i dowody świadczące na korzyść faktów są konsekwencją społecznego charakteru wiedzy. Dla naturalisty wszystko podlega ciągłej dyskusji, więc żaden dowód nie jest ostateczny, a zatem żadna narracja nie jest ostatecznie tą jedyną właściwą.

      Z naturalistycznego punktu widzenia tradycyjne medioznawstwo (i spora część XX-wiecznej nauki społecznej) zestawione z sukcesami neuronauki i nauk kognitywnych wypada z katalogu dostępnych nauce eksplanansów, natomiast wzmacnia swoją pozycję w katalogu eksplanandum. Nasze teorie nie wyjaśniają świata w sposób absolutny, kierując się jakąś ustaloną metodologią „właściwie” reprezentującą rzeczywistość, ale identyfikują problemy do wyjaśnienia – problemy, które uważamy za autentyczne (jak mediatyzacja różnych obszarów życia). Jeśli konkurencyjne dyscypliny zaproponują lepsze wyjaśnienia tych obiektów, które my identyfikujemy jako ważne, to naturalistycznie zorientowani badacze przyjmą takie wieści z otwartymi ramionami. Na razie jednak nie ma faktów, które uzasadniałyby twierdzenie, że eksplananda nauk społecznych dają się łatwo i korzystnie dla ludzi redukować do jakiegoś wąskiego grona dyscyplin.